Recenzja książki "Rządy Imperium. Maska strachu" autorstwa A. Freeda
Zacznę od tego, że bardzo się na tę książkę cieszyłam. Raz, że Alexander Freed jest w czołówce moich ulubionych autorów gwiezdnowojennych, dwa że thriller psychologiczny o postaciach, które lubię i powiązania z Andorem... Czy więc "Rządy Imperium. Maska strachu" sprostała moim oczekiwaniom?
Opis od wydawcy:
„DLA ZAPEWNIENIA BEZPIECZEŃSTWA I CIĄGŁEJ STABILNOŚCI REPUBLIKA BĘDZIE PRZEKSZTAŁCONA W PIERWSZE IMPERIUM GALAKTYCZNE! DLA NIEZAGROŻONEGO I BEZPIECZNEGO SPOŁECZEŃSTWA!“
Jednym przemówieniem, które spotkało się z grzmiącymi oklaskami, kanclerz Palpatine zakończył brutalnie erę Republiki. Na jej miejsce przyszło Imperium Galaktyczne. W całej galaktyce wszyscy radowali się z końca wojny i obietnic lepszego jutra. Jednak lepsze jutro okazało się kłamstwem. Galaktyka stała się straszliwym miejscem, w którym rządziło okrucieństwo i strach przed reżimem Imperatora. Mon Mothma, Saw Gerrera i Bail Organa dostrzegają nadchodzący mrok już w pierwszym przerażającym roku tyranii. Kiedyś to dzięki nim powstanie Sojusz Rebeliantów. Jednak najpierw każde z nich musi znaleźć dla siebie cel i kierunek działań w zmieniającym się świecie. I każde z nich ma własne tajemnice, obawy i nadzieje związane z przyszłością, która może nigdy nie nadejść – chyba że sami się o to postarają.
Trzema głównymi postaciami książki są Mon Mothma, Bail Organa i Saw Gerrera, ale oprócz nich obserwujemy też losy Haki, Soujena i Chemish.
Mon skupia się na budowaniu koalicji do głosowania, zbieraniu głosów oraz radzeniu sobie z traumą po aresztowaniu. Troszkę też nakreślone są jej relacje z Perrinem. Perspektywę Mon czytało mi się najlepiej, ale jest dla mnie jedynym jasnym punktem w książce.
Bail Organa skupia się na udowodnieniu, że Jedi wcale nie przeprowadzili zamachu na Imperatora. Jego działania w tym kierunku przeradzają się wręcz w obsesję i poszukiwanie prawdy kosztem zaniedbania malutkiej córeczki i żony. Na papierze wątek wyglądał nawet intrygująco, ale im dłużej podążaliśmy za Bailem, tym bardziej mnie nużył. Do kompletu dostajemy podążającą z nim Haki, której motywacje mnie nie przekonują.
Saw Gerrera jest sobą w każdym tego słowa znaczeniu. Jego wątek powiązany jest z Soujenem, który jest planem awaryjnym Separatystów. Dość słabym, bo bez wsparcia Gerrery nie jest w stanie nawet samodzielnie opuścić jednej planety.
Ciężko czytało się o Chemish, bo nadal nieszczególnie przyzwyczaiłam się w języku polskim do końcówek postaci niebinarnych, ale wątek postaci też nie był szczególnie angażujący, mimo że teoretycznie perspektywa zwykłych mieszkańców stolicy powinna być odświeżająca.
Nie mam pojęcia, co tu nie zagrało, ale większość książki raczej zmuszałam się do czytania dalej i nie ciekawiło mnie. W ogóle nie czułam napięcia i stawki, wątki mnie nie wciągnęły i wydawały się dość przewidywalne mimo bardzo dobrych punktów wyjścia. Ciężko mi tę książkę ocenić. Może chodziło o to, że po Freedzie spodziewałam się jednak więcej?
Co do jakości wydania, za które odpowiada nadal niezmiennie wydawnictwo Olesiejuk i jakości tłumaczenia niezawodnej Marty Dudy-Gryc nie mam uwag. Jak zawsze stoi na najwyższym poziomie.
Podsumowując, naprawdę liczyłam na więcej i trochę się przy książce wynudziłam. Moim zdaniem tym razem potencjał nie został wykorzystany.
Recenzje innych pozycji autora znajdziecie tutaj:

Komentarze
Prześlij komentarz