Recenzja książki "Zasadzka w Sorato" autorstwa J. Flanagana

     I na początek nie od recenzji zacznę, a od małej prywaty. Zmarł autor serii "Zwiadowcy" John Flanagan.  

    Ta seria oraz inne autora stanowią wielki kawałek mojego nastoletniego życia. Ze "Zwiadowcami" po raz pierwszy zetknęłam się w gimnazjum, zabierając czytającemu przyjacielowi książkę na przerwie. Skończyło się na zapisaniu w długą kolejkę oczekujących w bibliotece i przeczytaniem serii jednym tchem. Wielokrotnie do niej wracałam, pierwsze tomy znam praktycznie na pamięć. Ba, swego czasu stworzyłam mapę lenn w serii, posiłkując się tylko losowymi wzmiankami autora.

    Pamiętam, jak wyprosiłam u mamy, żeby mi uszyła zwiadowczą pelerynę. Zawieszkę z liściem dębu potrafiłam nosi i lata później pod koszulką, kiedy szykował się ciężki dzień i potrzebowałam odwagi, bo zwiadowca się nie podda. Mój młodszy brat przywoził z rodzinnych wyjazdów drewniane miecze, a ja łuk i strzały, a potem na podwórku toczyliśmy swoje wojny i pojedynki.

    Seria odbiła się i na innych aspektach mojego życia. Przez nią zaczęłam pisać - moim pierwszym "poważnym" tekstem było fanfiction do "Zwiadowców". Bardzo podciągnęłam i rysowanie portretów, żeby przedstawiać swoje postaci. Nauczyłam się przy okazji tyle przy korekcie, że w pewnym momencie robiłam to za pieniądze. Gdy zaczęłam się bawić w geocaching, jeden z moich pierwszych keszy miał cytat i szyfr ze "Zwiadowców". 

    A przede wszystkim poznałam ludzi. Na forum o serii znalazłam trzy przyjaciółki. Z jedną widuję się nadal regularnie i mamy kontakt, a z drugą wysyłamy sobie drobiazgi na święta. I patrząc, ile lat minęło, dziwie się sama sobie, że ten kontakt nadal jest. Administrator forum po raz pierwszy wspomniał mi o brydżu, który teraz zajmuję praktycznie centralne miejsce mojego życia. Ba, z tym chłopakiem też widuję się dość regularnie, graliśmy razem nawet mistrzostwa świata juniorów. I próbowaliśmy wytłumaczyć biednemu Chińczykowi, że tak, jesteśmy z dwóch końców Polski i naprawdę nie znamy się przez brydża, a przez forum książkowe o serii dla nastolatków.

   Dzięki "Zwiadowcom" poznałam też Sigmę. Nie pamiętam tego momentu, ale najpierw na wattpadzie musiałam się zainteresować jej fanfiction, bo jak trafiłabym na nią inaczej?

    I tak, gdyby nie John Flanagan, to na pewno nie byłabym tą samą osobą. I choć do końca ta wiadomość jeszcze do mnie nie dociera, to i tak uderzyła mnie mocno. Mimo że dawno do serii nie wracałam, do nowych tomów jestem bardzo krytyczna i dawno porzuciłam marzenie o zostaniu zwiadowcą, to był kawał mojego życia, a seria jako jedna z niewielu nadal stoi u mnie w pokoju.




    Opis od wydawnictwa:

    W najnowszym tomie bestsellerowej serii Johna Flanagana „Zwiadowcy” bohaterowie zastawiają pułapkę na dawnego wroga!

    Will i Maddie pomagają w negocjacjach między Toskańczykami a Arridi. Kiedy zwiadowca przynosi wiadomość, że Temudżeini zbliżają się do Toskanii, Will i Maddie wkraczają do akcji, wiedząc, że przybycie dawnych wrogów nie wróży niczego dobrego. Will potrzebuje wsparcia. W tym celu musi przekonać innych przeciwników sprzed lat, Genoweńczyków, do udziału w walce. W dolinie Sorato na Temudżeinów czeka zasadzka, ale czy Will i jego nowi sojusznicy zdołają sprawić, by wrogowie dali się w nią wciągnąć? 


    "Zasadzka w Sorato" nie jest w żadnym stopniu książką wybitną, ale już bardziej jej do poziomu serii niż nieszczęsnym "Wilkom...". I tak, koszmarnie powiela schematy. I niestety w ten męczący i irytujący sposób.

    Znowu stajemy przeciwko Temudżeinom. Znowu Will szkoli zwiadowców. Znowu mamy te same żarty, picie kawy co postój, te same opisy, które za pierwszym razem cieszyły, to teraz jedynie męczą. Fabuła jest liniowa i prościutka, postacie poboczne generyczne i nieciekawe, że aż momentami zastanawiałam się, co tu zajmuje tyle miejsca, bo stron mało nie jest. A jednocześnie w takim początkowym tomie serii mieściło się trzy razy tyle treści w treści, a o połowę mniejszej objętości.

    Zwiadowcy już nie są tajemniczy, działają na widoku. Will nie przypomina dawnego siebie, a tak naprawdę jego i Maddie możnaby z książki wyciąć i zastąpić kimkolwiek. Postacie popełniają błędy i nie ponoszą z tego tytułu żadnych konsekwencji. Ich motywacje są dziurawe, ale przynajmniej autor nie niszczy całych podstaw swojego świata i nie idzie w nic absurdalnie dziwnego jak w poprzednim tomie.


    I naprawdę nie chcę się już pastwić bardziej. Gdyby to był jakiś wcześniejszy tom serii, to nie odbiegałby aż tak. Ale kiedy już to wszystko widzieliśmy przez lata w różnych konfiguracjach, a na dodatek ta jest z nich najsłabsza, to no nie porywa. Mimo wszystko troszkę cieszę się, że kolejnych tomów nie będzie. Bo ostatnio im dalej, tym było tylko gorzej, bez pomysłu, sensu i celu serii. Ot po prostu coś wtórnego.



    Recenzje poprzedniego tomów znajdziecie tutaj.

Komentarze

Popularne posty