Recenzja książki „Wieczne igrzysko. Kres dnia”
AUTOR: Jakub Pawełek
WYDAWNICTWO: Skarpa Warszawska
LICZBA STRON: 336
ROK WYDANIA: 2024
GATUNEK: science fiction (postapo)
„Wydarzenia na Morawach wstrząsnęły Kapitułą – międzynarodową siłą, która stanowi ostatnią barierę między światem ludzi, a piekłem. Hierarchowie walczą o władzę oraz wpływy, zapominając, że prawdziwy wróg nie pochodzi z tego świata i szykuje kolejny cios. W tym samym czasie, w Warszawie trwa sąd nad Roksaną, kanoniczką obarczoną winą za śmierć dwójki towarzyszy broni. Dziewczyną, która zupełnie niespodziewanie, utraciła swoją duszę. Albo nigdy jej nie miała...
Piekło istnieje. Piekło czeka na nasz błąd. Jest cierpliwe i niestrudzone. Piekło ma jeden cel. Zabić życie.”
~sugerowany wiek czytelnika: 16+; w książce pojawiają się liczne opisane sceny śmierci, wspomniany zostaje handel ludźmi~
O serii „Wieczne igrzysko” w recenzji pierwszego tomu miałam sporo dobrego do powiedzenia. Czy „Kres dnia” utrzymuje poziom, który wyznaczyło „Imię duszy”? Na samym początku zaznaczę też, że ten tom wydawnictwo oznaczyło już jako science fiction, a dokładniej postapo i zdecydowanie mogę się z tym zgodzić. Tak jak wcześniej, i tutaj mamy przede wszystkim akcję, a dokładniej walkę z oddziałami Piekła. Tym razem okazuje się ona jednak znacznie trudniejsza, a ludzkość musi szybko przystosować się do nowych warunków.
Chociaż teoretycznie miano głównej bohaterki można przypisać Roksanie, ten tom skupia się na niej trochę mniej, a pozostałe wątki stają się równie ważne, co poszukiwanie przez dziewczynę prawdy. Sama walka z Piekłem oraz sytuacja „polityczna” wśród Kapituły wychodzą na pierwszy plan, sprawiając, że również i inne postacie zyskują dużo czasu poświęconego na kartkach książki – Haifa, Tutti, Oradea (nadal będąca moją ulubienicą)... Roksana, chociaż również dostaje sporo stron, zdaje się nieco wśród nich zanikać, a jej wątek nie jest już tym prowadzącym. Tak naprawdę sama dziewczyna robi się nieco mdła na tle pozostałych postaci, których charakter staje się bardziej zarysowany i można coś o nim powiedzieć.
Szczególnie ciekawie wypada perspektywa Haify i niektóre uczucia, z którymi ta się mierzy. No i tu właśnie też można nieco przyczepić się z kolei zachowania Roksany, bo od ich „rozstania” mija naprawdę mało czasu, a chociaż w poprzednim tomie wydawała się tego żałować, tęsknić i czuć coś do drugiej kobiety, tutaj już tego praktycznie nie widać. Nie wiem, czemu, ale czasami odnoszę wrażenie, że ta teoretycznie główna bohaterka jest najmniej dopracowana ze wszystkich. Podczas samego czytania nie przeszkadzało mi to jednak zbytnio, bo jej rozdziały przeplatały się z innymi, były stosunkowo krótkie, poza tym czułam zainteresowanie innymi bohaterami oraz samą historią.
To, co muszę przyznać, że sprawa wampirów, chociaż ciekawa, na tym etapie nie do końca jest dla mnie zrozumiała. Liczę, że zostanie to pociągnięte w kolejnym tomie. Podobała mi się za to cała ta bardziej polityczna strona książki. No i sama walka, bo sceny akcji są opisywane naprawdę dobrze, wartko i obrazowo, a do tego zrozumiale. Ciekawie oraz przyjemnie czytało się również fragmenty ukazujące wpływ błogosławieństw i wizje. Sam styl zresztą jest naprawdę przystępny, a całą książkę da się tak naprawdę przeczytać w jeden dzień, bo przez tekst dosłownie się płynie. Powieść, tak jak poprzednia część, jest dość krótka, zakończona tak, że nie sposób nie czekać na kolejny tom. No i trzeba przyznać, rozwiązanie sprawy koszmarów Roksany było nieco zaskakujące, a do tego dobre.
„Kres dnia” nie należy do powieści szczególnie wymagających, stanowi za to doskonały wybór, gdy ktoś chce po prostu miło spędzić kilka godzin przy angażującej książce, która wręcz kipi akcją. Myślę, że może spodobać się nawet komuś, kto niekoniecznie lubuje się w postapo lub tematyce piekła. Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Skarpa Warszawska.
A na sam koniec powiem wam tak w ramach ciekawostki jeszcze jedną sprawę. Weszłam na LubimyCzytać, żeby wziąć kilka wiadomości do części informacyjnej recenzji na blogu. Z ciekawości zajrzałam też do opublikowanej tam recenzji i szczerze, trochę się zaśmiałam, ale zwróciła ona moją uwagę na jedną sprawę: otóż autorowi recenzji bardzo przeszkadzały między innymi takie słowa jak „oficerka” zamiast „pani oficer”. A ja nawet nie zwróciłam na nie uwagi i musiałam specjalnie drugi raz otworzyć książkę, położoną już na półce, by sprawdzić, czy rzeczywiście padają tam odmienione nazwy zawodów. Padają, co bardzo mnie cieszy! A fakt, że nawet tego nie zauważyłam, tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że ze wszystkim trzeba się osłuchać i potem przestaje już zaskakiwać.
Komentarze
Prześlij komentarz