Recenzja komiksu "Mace Windu. Jedi Republiki" scenariusza M. Owensa
Z recenzją komiksu "Mace Windu. Jedi Republiki" miałam plan wyrobić się wcześniej. Niestety życie jak zwykle plan zweryfikowało. Nie było to moje pierwsze spotkanie z historią autorstwa Matta Owensa, bo tak naprawdę zapoznałam się już z nią, kiedy wychodziła w oryginale. Czy drugie czytanie zmieniło jakoś moje nastawienie? Niekoniecznie. Nadal mamy do czynienia z generyczną historią i, uprzedzając moje wrażenia, dodatkowo źle narysowaną.
Opis od wydawcy:
Poznajcie bliżej niezłomnego bohatera, mit, legendę – Mace’a Windu! Przez ponad tysiąc pokoleń Jedi byli strażnikami pokoju w galaktyce. Gdy jednak wybuchły wojny klonów, musieli odnaleźć się w nowej roli – generałów w armii Republiki. Mace Windu, jeden z największych wojowników zakonu, prowadzi do boju niewielką drużynę. Czy Jedi pogodzą się z tą nową funkcją, czy poczują się zagubieni wśród panującej wokół przemocy?
W przypadku takich historii, dość często rysunki ratowały sprawę. Tutaj niestety nie. Odpowiada za nie w większości Denys Cowan, a w zeszycie czwartym część wspomnieniową rysował Edgar Salazar. Jak jeszcze rysunki tego drugiego pana jestem w stanie przełknąć, to pierwszy dostarcza nam tyle dziwnych kadrów, a szczególnie zdeformowanych twarzy, że zarówno przy pierwszym, jak i drugim czytaniu przecierałam oczy. I Sigma dostała całą galerię rysunków z pytaniem: co to jest? Nie każdy styl rysunków mi odpowiada, ale te są po prostu momentami naprawdę brzydkie i na odwal.
Podsumowując, jeśli ciągnie was do jakiejś historii z Mace Windu, dużo lepiej zrobicie w tym wypadku sięgając po książki - czy to "Szklaną czeluść" czy legendarny "Punkt przełomu".





Komentarze
Prześlij komentarz