Recenzja komiksu "Mace Windu. Jedi Republiki" scenariusza M. Owensa

     Z recenzją komiksu "Mace Windu. Jedi Republiki" miałam plan wyrobić się wcześniej. Niestety życie jak zwykle plan zweryfikowało. Nie było to moje pierwsze spotkanie z historią autorstwa Matta Owensa, bo tak naprawdę zapoznałam się już z nią, kiedy wychodziła w oryginale. Czy drugie czytanie zmieniło jakoś moje nastawienie? Niekoniecznie. Nadal mamy do czynienia z generyczną historią i, uprzedzając moje wrażenia, dodatkowo źle narysowaną.


    Opis od wydawcy:

    Poznajcie bliżej niezłomnego bohatera, mit, legendę – Mace’a Windu! Przez ponad tysiąc pokoleń Jedi byli strażnikami pokoju w galaktyce. Gdy jednak wybuchły wojny klonów, musieli odnaleźć się w nowej roli – generałów w armii Republiki. Mace Windu, jeden z największych wojowników zakonu, prowadzi do boju niewielką drużynę. Czy Jedi pogodzą się z tą nową funkcją, czy poczują się zagubieni wśród panującej wokół przemocy?


    Cała historia opiera się na generycznej misji, jakich wiele podczas wojen klonów. Nasza czwórka Jedi wyrusza na planetę, dowiedzieć się, cóż tam znowu Separatyści kombinują. Fabuła jest bardzo prosta, liniowa i dość przewidywalna. Dopiero w drugiej części komiksu odchodzimy częściowo od schematu, w drużynie pojawiają się tarcia i finał zaczyna być odrobinę interesujący. Zwykle wystarczą same wojny klonów, żebym była zainteresowana, ale tutaj niestety i to komiksowi nie pomogło.

    Nie przepadam za postacią Windu, a po tym komiksie jeszcze bardziej. Jego decyzje były głupie, postacie wybrane do drużyny niekoniecznie miały kiedy się wykazać, a i postać Kita Fisto sprowadzono do roli rzucenia kilku sucharów. Rissa Mano, wybrana do misji ze względu na techniczne uzdolnienie, nie ma nic do roboty oprócz podziwiania Mace, a Prosset Dibs jako jedyny ma jakąś głębie z postaci.

    Flashbacki z przeszłości Mace i jego okresu bycia padawanem mogły być czymś ciekawy i choć wybijają się na tle całości, to nie wnoszą za wiele do historii. Ot kilka scenek.


    W przypadku takich historii, dość często rysunki ratowały sprawę. Tutaj niestety nie. Odpowiada za nie w większości Denys Cowan, a w zeszycie czwartym część wspomnieniową rysował Edgar Salazar. Jak jeszcze rysunki tego drugiego pana jestem w stanie przełknąć, to pierwszy dostarcza nam tyle dziwnych kadrów, a szczególnie zdeformowanych twarzy, że zarówno przy pierwszym, jak i drugim czytaniu przecierałam oczy. I Sigma dostała całą galerię rysunków z pytaniem: co to jest? Nie każdy styl rysunków mi odpowiada, ale te są po prostu momentami naprawdę brzydkie i na odwal.



    Podsumowując, jeśli ciągnie was do jakiejś historii z Mace Windu, dużo lepiej zrobicie w tym wypadku sięgając po książki - czy to "Szklaną czeluść" czy legendarny "Punkt przełomu".

Komentarze

Popularne posty