Recenzja książki „Decimus Fate i Talizman Marzeń”
„Ludzki głos sam w sobie zawiera moc, jeśli tylko wie się jak go używać.”
Kocham „Decimusa Fate’a” i Talizman Marzeń”. Samego Decimusa też kocham. Dziękuję, koniec recenzji, można się rozejść.
Nie no, dobra, żartowałam, powiem coś więcej. W końcu nie byłabym sobą, gdybym się nie rozpisała.
„Decimus Fate i Talizman Marzeń” to książka, do której zakupu podchodziłam bardzo ostrożnie, głównie przez to, jak głośno zrobiło się o niej na Instagramie. Zwyczajnie już kilka razy miałam inne zdanie niż większość na temat popularnych powieści fantasy i dlatego początkowo i tę historię planowałam ominąć szerokim łukiem. Chociaż okładka nieco mnie pociągała, bo mimo że początkowo nie przypadła mi do gustu, co coś w sobie ma i teraz jest jedną z moich ulubionych.
Tym, co ostatecznie do zakupu „Decimusa” mnie przekonało, był opis, który obiecywał coś nieco świeżego wśród ostatnich książek, a do tego całkowicie w moim stylu. No i cena na aplikacji Empika oraz fakt, że potrzebowałam coś jeszcze wziąć, by mieć darmową wysyłkę do paczkomatu. Dlatego zdecydowałam, że raz się żyje, może się nie zawiodę, skoro opinie na stronie Empika i Lubimyczytać też są dobre.
I cóż, zdecydowanie się nie zawiodłam.
Początkowo do książki podchodziłam bardzo ostrożnie i zaczęłam ją czytać tylko od niechcenia, bo planowałam sprawdzić, czy się opłaca, a potem dokończyć pozycje dla mnie na tamten moment ważniejsze. I tak oto przeczytałam jeden rozdział, potem drugi, piąty… aż wybiła północ i musiałam w końcu oderwać się od lektury, by trochę się przespać. Niewątpliwie doszło do tego dlatego, że, chociaż początkowo nie byłam przekonana, czy ta książka mnie porwie, rozdziały w niej są stosunkowo krótkie i bardzo szybko się je pochłania. I tak oto na początku nie wiedziałam, co w sumie sądzę. Styl autora mnie jeszcze nie porwał, chociaż był dobry – przeszkadzało mi to, że dość dokładnie opisywał od razu wygląd postaci, zamiast podawać go powoli w trakcie książki, plus nie do końca przekonywał mnie sposób przedstawienia głównych bohaterów – mianowicie podanie ich imion i nazwisk na końcu pierwszych rozdziałów o nich. To dość specyficzny zabieg i nie każdemu podchodzi do gustu, przez co nie jest wadą, choć nie do końca mnie kupił. Mimo tych małych zastrzeżeń w pewnym momencie ze zdziwieniem odkryłam, że jestem już niemal na setnej stronie i ani mi się widzi odkładać książkę. Wręcz przeciwnie.
Nawet nie zauważyłam, kiedy kupiła mnie fabuła i styl autora.
Chociaż nie. To sam Decimus mnie kupił.
Ale o tym za chwilę.
AUTOR: Peter A. Flannery
TYTUŁ ORYGINAŁU: Decimus Fate and the Talisman of Dreams
WYDAWNICTWO: Fabryka Słów
LICZBA STRON: 350
ROK WYDANIA: 2022
GATUNEK: fantasy
„Decimus Fate – potężny mag, który wyrzekł się magii, by odpokutować dawne grzechy.
Opiekun – łowca demonów, który już na nie nie poluje.
Obaj niosą na barkach brzemię popełnionych uczynków, niewyobrażalnej straty i wzajemnej nienawiści. W każdym tli się nadal płomyk dobra i chęć zapłacenia światu za dawne uczynki.
Tajemnicza zaraza w klasztorze Tan Jit Su staje się do tego znakomitą okazją. Jednak śmiercionośna choroba, choć przerażająca, zdaje się tylko początkiem problemów, jakie spadną na obu mężczyzn w chwili ich pierwszego spotkania.
Niestety, sumienia nie da się oczyścić równie łatwo, co miecza z krwi a skrzywdzeni ludzie nie zapominają tylko dlatego, że ktoś poprosił o wybaczenie.”
Jak już wspominałam, na początku nie wiedziałam, co w sumie o tej książce sądzę. Prawdopodobnie wpływ miało to, jak ostrożnie i nieufnie do niej podchodziłam. Mimo to miałam nadzieję, że będzie dobrze, bo opis wskazywał na powieść o naprawdę dużym potencjale. Dodatkowo jestem absolutną fanką motywu magów, którzy kiedyś byli źli i próbują odpokutować dawne winy. Zresztą nie tylko magów, ale gdy w grę wchodzi bohater obdarzony mocą, kupuje mnie to jeszcze bardziej. A skoro „Decimus Fate i Talizman Marzeń” już w opisie obiecał mi jeden z tych wątków, do których mam szczególną słabość, jakże mogłabym się nie skusić?
I chociaż przez pierwsze kilkanaście, może kilkadziesiąt stron nie czułam jakiegoś wielkiego efektu wow, bardzo szybko się wciągnęłam.
Na samym początku poznajemy dwóch głównych bohaterów, z czego każdemu poświęcony zostaje oddzielny rozdział. Opiekun, były łowca demonów, ukazany zostaje, gdy ratuje jednego z kupców przez napadnięciem i zabiciem przez młodych rzezimieszków; Decimus z kolei uwalnia od klątwy córkę pewnego mężczyzny. Niedługo później do Opiekuna przybywa dwoje zakonników, których losy kiedyś splotły się z jego. W ich zakonie doszło do zarazy, której źródła nikt nie potrafi znaleźć. Co gorsze, nie wiadomo też, jak pomóc chorym. Dlatego udano się po Opiekuna z nadzieją, że być może ten coś zaradzi. I choć mężczyzna nie ma pojęcia, jaka może być przyczyna niespodziewanej choroby wśród członków zakonu, właścicielka gospody Matka Głupich, w której mieszka były łowca, radzi im poprosić o pomoc Mędrca z Czarnego Domu. Mędrcem tym okazuje się oczywiście Decimus, który zgadza się zgłębić sprawę. I tak oto, w atmosferze stresu i nieufności, zaczyna się przygoda naszych bohaterów.
Uświadczamy tu narracji zarówno z perspektywy Decimusa, jak i Opiekuna, co uważam za bardzo dobry zabieg. Pojawiają się też rozdziały poświęcone innym bohaterom, które początkowo nieco mnie nudziły i czytałam je szybko, by wrócić do głównych postaci. Z czasem zaintrygowały mnie trochę bardziej, ale i tak najlepiej oceniam wątek dotyczący głównego duetu.
Fabuła jest odświeżająco prosta i logiczna. Chociaż większość wątków zostaje zakończona w książce, po prologu widać, że jest to dopiero początek historii. Czuć tu większą intrygę, choć w reszcie tekstu tego już nie widać. Nie nazwałabym tego wadą, ale w pewnym momencie trochę przeszkadzało mi, że wszystkie wątki w książce tak łatwo i w sumie to szybko się rozwiązały.
Och, nie zrozumcie mnie źle, zakończenie jest bardzo solidne i daje dobre podwaliny na kolejne części, ale brakowało mi czegoś niedokończonego albo przynajmniej epilogu nawiązującego do prologu, by czuć większe napięcie i zaciekawienie. Chociaż koniec jest naprawdę dobry i z jednej strony zapowiada, że to dopiero początek, to troszeczkę smutno mi, że nie dostaliśmy trochę większej zapowiedzi tego, co może stać się w kolejnej części.
Wątek osób chcących zemsty na Decimusie i polujących na niego można by było pociągnąć jeszcze w następnym tomie, zamiast kończyć go już w tym. I chociaż to, jak zakończono motyw dotyczący Sienny, bardzo mi się podobało mimo swojej prostoty oraz oczywistości, to szkoda nieco, że tak szybko rozwiązano sprawę z braćmi Kane i chęcią zemsty ze strony hrabiego. Wydaje mi się, że jeżeli autor koniecznie chciał zakończyć wszystko w tej części, mógł przynajmniej nieco utrudnić bohaterom rozwiązywanie problemów, bo ratowanie się z nich szło im dość łatwo. Aż za łatwo, bo chociaż rozumiem, że mamy do czynienia z postaciami sprytnymi i mimo wszystko silnymi, bracia Kane, kreowani na największe zagrożenie książki, wcale nie sprawili takiego wrażenia. Hmm, może po prostu ten wątek potoczył się za szybko?
Mimo to z niecierpliwością czekam na kolejną część, by przekonać się, co autor wykombinował. Szczególnie że pod koniec pewne zaintrygowanie pobudziła we mnie scena z królową Faerian.
Jak już wspomniałam, fabuła jest dość prosta, ale całkiem ciekawa i na tyle porządna, by już przez samo to uznać książkę za dobrą. Dodatkowym atutem został – przynajmniej dla mnie – wątek próby odpokutowania grzechów. Ale to, co sprawia, że „Decimus Fate i Talizman Marzeń” jest powieścią świetną, to bohaterowie. Szczególnie sam Decimus.
Spodziewałam się naprawdę wiele odnośnie głównej postaci tego tekstu – że być może będzie skryty, sarkastyczny, taki typowy typ mrocznego protagonisty. Jednak okazuje się, że jest wręcz przeciwnie. Decimus Fate to, jak śmiałam się w pewnym momencie, taki typ miłego sąsiada – zawsze pomoże, na ciastko zaprosi, może nawet alibi zapewni… Po prostu jestem absolutnie Decimusem zauroczona. Rzeczywiście mamy tu do czynienia z mężczyzną pełnym żalu, a momentami błyska w nim dawna bezwzględność, ale poza tym jest naprawdę kochany i nie da się go nie lubić. Nie sądziłam, że kiedykolwiek bohatera tego typu uznam za jednego z moich ulubieńców, ale Decimus okazał się tak wyrazisty i niejednoznaczny, a przy tym dobry, że po prostu kwestią czasu było polubienie go przeze mnie.
Tym, co muszę też tutaj pochwalić, jest budowanie napięcia przez autora, gdy chodzi o podjęcie decyzji przez Decimusa. W kilku momentach spodziewałam się czegoś zupełnie innego i kończyłam pozytywnie zaskoczona. Sama książka nie serwuje nam plot twistów i autor jedynie z czasem odkrywa kolejne karty, coraz bardziej intrygując, więc te momenty, gdy naprawdę w pewnym napięciu czytałam kolejne strony dotyczące działań Fate’a, były dużym uprzyjemnieniem.
Całkowitym przeciwieństwem Fate’a okazuje się Opiekun. Mężczyzna ten jest typem ponurego, tajemniczego najemnika z tragiczną przeszłością, którą poznajemy w trakcie tekstu. Jego nieufność do Decimusa sprawia, że fabuła staje się o wiele ciekawsza i napędza tekst, szczególnie gdy powoli ustępuje uczuciom o wiele przyjaźniejszym. Mamy tu klasyczny, ale wciąż świetny rodzaj relacji od wrogów do przyjaciół. Chemia między bohaterami (chociaż nie romantyczna!) jest cały czas wyczuwalna i unosi się w powietrzu. Ich rozmowy pozostają genialne, nieraz wywoływały u mnie uśmiech, częściowo przez to, jak dociekliwy i nietaktowny potrafi być Decimus. Szczególnie pod względem relacji tej dwójki podoba mi się końcówka książki, ale nie chcę zdradzać za dużo, by nie zepsuć wam przyjemności z czytania.
Drugoplanowe postacie też okazały się wyjątkowo wyraziste, szczególnie Sienna, Hrabina oraz Motina. Ta pierwsza to młoda, pałająca żądzą zemsty zabójczyni, która jednak okazuje się o wiele bardziej skomplikowaną postacią. Na początku niezbyt za nią przepadałam, ale mam nadzieję, że powróci jeszcze w drugiej części, tym razem bardziej przychylna Fate’owi. Hrabina z kolei, choć jest bohaterką wręcz epizodyczną, zapadła mi w pamięć przez swój charakter i przeszłość, o której napomknięto.
Motina to gosposia Decimusa i niewątpliwie ta osoba, która ma w jego domu prawdziwą władzę. Silna starsza kobieta o bardzo dużym przywiązaniu do swojego szefa i charakterze marudnej, ale mimo wszystko kochającej babci, która ochrzani cię za to, że wchodzisz do domu w ubłoconych butach, ale przy okazji zaszyje wszystkie rany. Jej relacja z Decimusem jest wręcz rodzinna, dbają o siebie bardziej, niż o kogokolwiek innego.
W pamięć zapada też Łasica, swoisty przywódca bezdomnych dzieci zarabiających na pomaganiu ludziom w odnalezieniu miejsc, do których chcieli dotrzeć. To chłopiec, który naprawdę dba o „swoich ludzi” i ma dobre serce. Wydaje mi się, że akurat on wróci w kolejnym tomie i czekam na to.
Co do samej kreacji świata, jest dobra, choć nie mogę się doczekać, aż dowiemy się czegoś więcej na jego temat. Na pewno nie można się pogubić, ale brakuje mi nieco więcej szczegółów – chociażby rozwinięcia sprawy demonów, które są dość ważne, Faerie albo dodatkowych informacji o magach. Niby jest ich wystarczająco dużo, by wszystko zrozumieć i tekst dobrze się czytało, ale liczę na to, że druga część przyniesie nam rozwinięcie tego uniwersum po pierwszej, która dała naprawdę solidne podwaliny.
Dodam jeszcze, że jestem absolutnie zakochana w polskim wydaniu tej powieści. Okładka należy do takich, która nie każdemu przypadnie do gustu, ale mimo to widać, że włożono w nią dużo pracy. Sama oprawa jest bardzo solidna, a w środku mamy prostą, ale klimatycznie ozdobioną mapę. Cała strona wizualna w środku jest absolutnie śliczna, wszystkie zdobienia przy napisach i cudowne ilustracje Pawła Zaręby sprawiają, że kocham tę książkę. Nie zauważyłam też żadnych literówek, więc również i korekta została porządnie zrobiona.
Cóż mogę rzec na koniec, by podsumować tę recenzję? „Decimus Fate i Talizman Marzeń” nie jest wybitną książką, to na pewno nie. Mimo to w jakiś dziwny sposób trafił do grona moich ulubionych powieści i na pewno pojawi się w top 10 pierwszej części roku, a pewnie nawet i całego. Dostałam solidną, lekką i zabawną momentami historię ze świetnymi bohaterami oraz bardzo dobrym stylem autora, która może nie wyróżnia się na tle innych jakoś bardzo, ale mimo to jest naprawdę warta uwagi. Widać wyraźnie, że to dopiero początek i odnoszę wrażenie, że autor starał się być ostrożny, jakby dopiero wyczuwał grunt. Dlatego liczę na to, że w drugim tomie zdecyduje się pokazać więcej pazura, a ja zacznę mieć powody, by chociaż przez moment obawiać się o bohaterów. A do tego może dojść, gdy weźmie się pod uwagę nie tylko prolog, ale nawiązanie w tej części do tytułu drugiej.
Tutaj mamy świetny, choć nieco oszczędny wstęp do większej historii. Gdybym miała ocenić tę książkę w skali punktowej, pewnie dałabym jej 7/10, gdyby nie to, jak bardzo polubiłam samego Decimusa. Także cóż, takie 8/10 jest najbardziej odpowiednie, szczególnie że pomijając całą tę gadaninę powyżej, po prostu czytało mi się świetnie i książkę wręcz pochłonęłam.
Komentarze
Prześlij komentarz