Recenzja książki "Scholomance. Lekcja pierwsza. Mroczna wiedza" autorstwa N. Novik
Jaka ostatnio książka Was zawiodła? Cóż, mnie niestety "Scholomance. Lekcja pierwsza. Mroczna wiedza" autorstwa Naomi Novik. No nic, sprawdźmy więc, co poszło nie tak.
Opis od wydawcy:
Nowa powieść autorki bestsellerowego cyklu „Temeraire”.
Szkoła dla wybrańców obdarzonych magicznymi zdolnościami, gdzie porażka oznacza... śmierć!
Pierwszy tom cyklu „Scholomance”.
Scholomance to szkoła, w której nie ma nauczycieli, wakacji ani przyjaźni między uczniami – tylko strategiczne sojusze. Przetrwanie jest ważniejsze od stopni, gdyż młodzi magowie nie mogą opuścić szkoły, aż ją ukończą lub zginą. Obowiązujące w Scholomance zasady są proste: nie można chodzić samotnie po korytarzach i trzeba się strzec potworów, które czają się wszędzie. Poza tym niektórzy uczniowie praktykują czarną magię, a nawet mordują innych, żeby zwiększyć swoje szanse przeżycia.
Galadriel Higgins, zwana El, potrafi stawić czoło niebezpieczeństwom czyhającym w Scholomance, ponieważ ma ogromną moc. Mogłaby bez trudu pokonać wszystkie grasujące potwory. Problem polega na tym, że równie łatwo mogłaby także zabić pozostałych uczniów...
Zacznę od tego, że koncepcja szkoły, w której przez przypadek można zginąć, nawet wydawała mi się interesująca. Gorzej niestety wyszło z wykonaniem. Niby autorka wyjaśnia, dlaczego nie ma w niej nauczycieli i rodzice mimo wszystko wysyłają do niej dzieci, ale te wyjaśnienia niezbyt mnie przekonują. Skoro potwory są tak niebezpieczne, to przecież można by było chociażby zostawić kilka dorosłych osób, które pomogłyby dzieciakom się bronić i zwiększyły szanse na przeżycie.
Po drugie, sięgając po książkę tego typu, liczyłam na ciekawe opisywanie życia szkolnego i lekcji. Niestety tutaj dostajemy tylko naukę języków oraz czytanie starych ksiąg. Nasza bohaterka przez większość czasu po prostu gdzieś po szkole chodziła, a ja nie czułam żadnego napięcia, kiedy kolejny potworek ją atakował. Jedyny z tego, co mi się podobało, to tworzenie sojuszy, bo postacie drugoplanowe wydają się bardziej interesujące niż Galadriel.
No właśnie, Galadriel. Niestety jej nie polubiłam. Zamiast zadziornej dziewczyny wydawała mi się straszną marudą, która tylko się przechwalała, co to ona nie potrafi. Odrobinę lepiej wypadł Orion Lake, ale był dość typową postacią i nieszczególnie też go polubiłam.
Doceniam natomiast w książce system magii - dzielenie się mocą i jej gromadzenie, enklawy i pomysł na świat poza akademią. Niestety było tego mało, a autorka nieszczególnie tłumaczyła też działanie magii na terenie Scholomance, więc czasami miałam wrażenie, że działała tak, jak akurat było jej trzeba.
Niestety książka mi nie podeszła, ale mimo wszystko planuję sięgnąć po drugą część. Jednocześnie rozumiem, czemu może się podobać - z założenia zadziorna bohaterka, mroczny świat i czasami ciekawe pomysły na magię, nastoletni prawie-romans oraz dobre akcja pod koniec i cliffhanger. Może po prostu zamiast dać się wciągnąć, za dużo podczas lektury myślałam. A im więcej myślałam, tym więcej pojawiało się nieścisłości i średnich rozwiązań fabularnych.


Komentarze
Prześlij komentarz